piątek, 23 marca 2018

Tajlandia i Bangkok - słowem wstępu

Tak, wiem, to jest blog kulinarny. Ale gdzie, jeśli nie na blogu kulinarnym właśnie, pisać o Tajlandii i Bangkoku - stolicy światowego jedzenia? Gdzie opisać te smaki, zapachy, tę azjatycką intensywność barw i aromatów? Te targi, gdzie można dostać dosłownie WSZYSTKO? A że przy okazji przemyci się parę innych informacji, to tylko z pożytkiem dla tych, co do Tajlandii się wybierają i będą mogli z nich skorzystać. Bo o tym, że ktoś z Was niedługo się tam wybiera, jestem absolutnie przekonana - Polaków w Tajlandii jest zatrzęsienie, a ja, pławiąc się w basenie na dachu naszego hotelu w Bangkoku, miałam przyjemność słuchać Ewy Bem i Anny Marii Jopek. Takie czasy :-)

    Nad basenem w Kambodży

Przez całą podróż prowadziłam dziennik, w którym opisywałam dzień po dniu, co robiliśmy, co widzieliśmy i co jedliśmy. Miałam całkiem słuszną obawę, że pomimo tysiąca zrobionych zdjęć (a i to jest chyba ilość niedoszacowana), w tym nawale wrażeń niektóre wspomnienia nam umkną. Poza tym to tak uroczo staroświeckie w dobie Instagrama (z którego, żeby nie było, korzystałam przez cały wyjazd, widzimrka_fotografia :-)). Tutaj jednak nie będę się rozpisywać, a spróbuję jedynie przybliżyć lub przypomnieć Wam trochę Tajlandię, ten niesamowity kraj.

    Rzeka Chao Praya

Bangkok

Bangkok w moich oczach to miasto kontrastów. Odrapane budynki, slumsy niemalże, stoją w bezpośredniej bliskości wielkich, nowoczesnych i zapewne bardzo drogich apartamentowców. Nad rzeką wyrastają kolumny drapaczy chmur, a na pierwszym planie tradycyjna łódź wożąca turystów i milion long-boatów prujących po falach z oszałamiającą szybkością i ogłuszającym rykiem silników. To również miasto zapachów - tam pachnie dosłownie wszędzie. Tu apetyczny aromat dochodzący ze street-foodowych wózków, tam obrzydliwy smrodek Duriana (próbowałam! to jak połączenie mango, cebuli i siarki - nie, nie i jeszcze raz nie!), ówdzie jeszcze zupełnie nieznane, miłe lub niemiłe wonie. Co ciekawe, w Bankgoku prawie nie ma śmietników. Śmieci zostawialiśmy przy układanych na ulicy torbach, które potem panowie śmieciarze zbierali i segregowali, siedząc na dachu jadącej śmieciarki. Bo jest to również miasto (jak zresztą i cały kraj), w którym nasze normy bezpieczeństwa (i zapewne wiele innych) kompletnie nie obowiązują. Na porządku dziennym są skutery wiozące całe rodziny, w tym tulone do piersi niemowlęta. Kask? Sugestia jedynie. Jak dziecko w autobusie z lotniska usiądzie na walizce, to nie płaci. Naczynia w ulicznych wózkach i restauracyjkach myte są w wielkich miskach z wodą na środku ulicy. Mój mąż stwierdził, że gdyby wpadł tam nasz Sanepid to zamknąłby całą Tajlandię. A jednak czuliśmy się tam wyjątkowo bezpiecznie. Na tyle, że chodziliśmy wszędzie, jedliśmy wszystko, na ulicy prosiliśmy tylko o picie bez lodu. 

   Long-boaty mknące z oszałamiającą prędkością po khlongach Thon Buri
Ale, ale! Uwaga na oszustów! Są wszędzie! Wystarczy, że wyjdziesz z hotelu ewidentnie otumaniony jet-lagiem, blady i zagubiony, od razu podejdzie do ciebie usłużny Taj mówiący świetnie po angielsku (podejrzane!) i powita cię w Tajlandii. Wprawdzie atrakcja, do której się wybierasz jest akurat dzisiaj zamknięta, ale nie przejmuj się, mamy Buddha Day, za 40 bathów po świątyniach Buddy obwiezie Cię tuk-tuk (tu macha na akurat przejeżdżający skuter), a jakie zniżki u krawców! Tylko dzisiaj! Oczywiście daliśmy się nabrać. Moi panowie i tak chcieli obstalować sobie koszule, więc nie żałujemy zbytnio, ale spodziewam się, że przepłaciliśmy, tak samo jak w restauracji, do której zawiózł nas przemiły pan tuktukowiec - to był najdroższy nasz obiad w Tajlandii! Chciał nas namówić jeszcze na rejs long-boatem po khlongach (kanałach, 2000 bahtów), ale już się nie daliśmy - przynajmniej tego dnia, bo kolejnego niestety, i owszem, tylko innemu panu. Trzeba przyznać, że Tajowie oszukują z ogromnym wdziękiem i, umówmy się, ich oszustwa są mało szkodliwe. Może o tyle, że nie zobaczysz dokładnie tego, co chciałeś - ja nie zobaczyłam tajskiego Muzeum Narodowego, bo syn zrobił awanturę, że iść dalej nie będzie i chce płynąć long-boatem, więc popłynęliśmy do starej dzielnicy Thon Buri. Żadnej z obiecanych atrakcji nie zobaczyliśmy - muzeum barek królewskich i owszem, było po drodze, ale barki były w środku. Koło floating market przemknęliśmy z prędkością nadświetlną - po drodze zatrzymaliśmy się tylko przy "umówionych" zapewne paniach, sprzedających piwo i wachlarze. Ale zobaczyliśmy starą część Bangkoku, taką "wieś" w środku miasta, gdzie każdy, czy to porządny dom, czy blaszak, ma swój pomościk. Pociesza mnie też fakt, że autor Skok w Bok Blog, który mieszka w Tajlandii od paru lat, sam nie rozgryzł jeszcze jakby tu taniej się long-boatem po Bangkoku przejechać. A żeby nie dać się popularnym "scams" (o których można sporo przeczytać w internecie, chociaż ja niestety nie trafiłam przed wyjazdem), trzeba powiedzieć po prostu stanowczo "no, thank you", albo stwierdzić, że to Wasz ostatni dzień w Tajlandii. I Taj odejdzie, z wyrazem oczu zranionej sarny...


     
    Pani robiąca za floating market


    Uchwycone w locie pomościki przy domkach


     Pływająca restauracja

Bo oprócz tego Tajowie są przemiłymi ludźmi - zawsze uśmiechnięci i gotowi pomóc. Niestety tylko traktują białe dziecko jak talizman - większość osób, które mijaliśmy, musiało dotknąć Antka, co jemu nie bardzo się podobało. Po jakimś czasie przyjął jednak pozę "śmiesznego chłopca bez przednich zębów" i sam zaczepiał Tajów. Najbardziej został wymęczony przez dwóch Lady Boyów pracujących w knajpce, do której wpadliśmy na piwo, żeby odetchnąć chwilę od upału. Byli przeuroczy (poznaliśmy ich po dużych stopach i po five o'clock shadow), ale po chwili Antek miał już dosyć łaskotania...

To tyle słowem wstępu. Co zjeść, co warto zobaczyć i jak poruszaliśmy się po Bangkoku opiszę w kolejnych postach. Do zobaczenia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz