piątek, 8 października 2010

San Ottaviano



Wzniesione na wysokim wzgórzu zabudowania z kamienia, z których rozciąga się widok na Val di Cornia i jej winnice. Położone 30 km od morza, blisko średniowiecznych miasteczek: Suvereto, Massa Maritima, Campiglia Maritima.





Wokół cisza i spokój, przerywany czasem gulgotaniem bażantów lub innych ptaków, które gnieżdżą się na okolicznych drzewach. San Ottaviano to w końcu casa di caccia...




Oprócz uroków krajobrazowych, San Ottaviano to miejsce sympatycznych ludzi - zarówno naszych sąsiadów (greetings for our German friends, if they read it!) jak i właściciela, który nieba (i internetu oraz rowerów) zechciał nam przychylić.




Każdy apartament ma oddzielne wejście z małym, zadaszonym tarasem i stoliczkiem. Bardzo przyjemnie pijało nam się tam winka oraz spożywało dary włoskiej kuchni (ale o tym jeszcze będzie ;-). Na zdjęciu moje własne, osobiste, plastikowe kieliszki, które wiele już wyjazdów uratowały, oraz lokalnego wyrobu wino - znakomite!




Widok z naszego apartamento.




Spacer po San Ottaviano.








Widok znad basenu.




San Ottaviano wieczorem.







środa, 6 października 2010

Rzymske wakacje




Po nocy spędzonej w Bolonii ruszyliśmy do Rzymu. Mawiają, że prowadzą do niego wszystkie drogi, choć z naszego doświadczenia wynika, że jest wręcz odwrotnie. Zaufawszy starej maksymie nie sprawdziliśmy jak z autostrady dotrzeć do Roma Termini, gdzie zarezerwowaliśmy B&B... Podejrzewam, że gdybyśmy nie zatrzymali się w pewnym momencie żeby zapytać o drogę, dojechalibyśmy do samego Neapolu ;-).




Rzym powitał nas pochmurnym niebem i tłumami turystów. Poniżej kilka pocztówek z naszego krótkiego pobytu w Wiecznym Mieście. Kręciliśmy się trochę to tu to tam, odwiedzając miejsca, które widzieliśmy w trakcie naszej podróży poślubnej.

Okolice "Maszyny do Pisania"








Piazza Navona




Fontanna na Piazza Navona




Master of Puppets na Piazza Navona. Mimo dość długiego przyglądania się, nie udało nam się dojść do tego, jaką historię próbował opowiedzieć...




Fontanna di Trevi




Wieczór na Trastevere. Wybraliśmy się do jednej z małych restauracyjek, gdzie zjedliśmy fiori di zuccha i różne rodzaje pasta, popijając miejscowym cienkuszem.



piątek, 1 października 2010

Cała naprzód ku nowej przygodzie...

Wróciliśmy! Za nami 6 000 kilometrów i dwa wspaniałe kraje, natłok wrażeń i cudowne wspomnienia. Cofnijmy więc kalendarz o dwa tygodnie do tyłu i zacznijmy od początku...

"Cała naprzód ku nowej przygodzie, taka gratka nie zdarza się co dzień..." śpiewały dzieciaki w Akademii Pana Kleksa. To nasze motto, które powtarzamy sobie za każdym razem, kiedy wyruszamy na kolejną wyprawę. Drugim moim ulubionym cytatem jest piosenka Bilba z "Władcy Pierścieni":


The Road goes ever on and on,
Down from the door where it began...
Ale do rzeczy ;-). Wyruszyliśmy w podróż bladym świtem. Samochód zapakowany, kwiatki podlane, wszystko gotowe, ale ja jeszcze zdążyłam wymknąć się do ogrodu, żeby zerwać lawendę i zrobić coś, czego nie zdążyłam przed wyjazdem...



Podpatrzyłam to na francuskim kanale, w reportażu dotyczącym Prowansji, do której mieliśmy się (między innymi) udać. Zrobienie pachnącej, lawendowej saszetki zajęło mi około 1,5 godziny, co pozwoliło (czysto teoretycznie ;-) skrócić podróż. Wystarczy zrobić mały bukiecik, związać go, wywrócić na drugą stronę i przeplatać mulinę (albo, jeszcze lepiej, wstążkę). Saszetkę można potem powiesić w szafie, albo włożyć do szuflady. A przez cały czas jej wyplatania wokół unosi się zapach Francji...





Na drogę wybrałam akurat książkę "Dzika lawenda". Przypadek, słowo daję!
W tle korek pod Wiedniem.



My na razie zmierzaliśmy jednak nie ku lawendowym polom, lecz w zupełnie innym kierunku. Pierwszy przystanek - Bolonia. A po drodze - jeden z moich ulubionych znaków drogowych ;-)







poniedziałek, 6 września 2010

Kolejna niedziela w Warszawie...

... i kolejny koncert. Tym razem ostatni z cyklu "Klasycznie na trawie", najpiękniejsze uwertury świata. Do Królikarni zaprosiła nas Dorota, pierwsza (fantastyczna) wiolonczela...






Jak widać atmosfera była luźna. Pan w tle rozwiązuje krzyżówkę ;-)





piątek, 3 września 2010

Kot

Niniejszym rozpoczynam serię zdjęć pod tytułem "kot".

Można powiedzieć, że mam kota - a właściwie kotkę. Jest to miejscowy dzikus, który przychodzi do nas wygrzewać się na trawie oraz korzystać ze stołówki. Wystawiłam nawet specjalną miseczkę, do której wkładam okrawki mięsa albo inne kocie przysmaki. A. twierdzi, że "uplągł" się u nas w tujach.




Często zdarza się, że wstaję rano, schodzę do kuchni, a tam nasz burasek siedzi sobie grzecznie za szybą z równo złożonymi łapkami i czeka na śniadanie. No i czasem nie ma wyjścia - trzeba mu oddać swój plasterek wędliny...

Nie udało mi się go jeszcze "ustrzelić" w tej pozie - jest bardzo płochliwy i jak tylko zbliżam się z aparatem ucieka kilka schodków niżej. Może jak będę miała lepszy obiektyw, to złapię go na "zoomie".

Myślę, że się w końcu oswoi - za jakieś kilka lat...




wtorek, 31 sierpnia 2010

Warmińskie ptaki

Jak dowiedziałam się z poręcznego www.getionary.pl (polecam słownik), dzisiaj jest światowy dzień bloga. Hm... Daleko zaszliśmy w tym względzie ;-).

W związku z tym nie wypada nie umieścić posta. Dzisiejszy będzie o warmińskich ptakach, szybujących w powietrzu.