poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Owoc (miłości)



Czyli syn w paterze ;-). Dostaliśmy ją w prezencie ślubnym od mojej matki chrzestnej. Jest piękna i od kiedy zaczęłam robić "sesje" małym dzieciom marzyłam o tym, żeby któreś w niej sfotografować. Nie składało się, ale za to mój synek ma teraz niepowtarzalne, własne zdjęcia. Wprawdzie bardziej niż owoc przypomina bakłażana, ale bakłażan nazywany jest gruszką miłości, więc zasadniczo wszystko się zgadza ;-)


wtorek, 27 marca 2012

Klasyczna pocztówka...

... z Gdańska. Robię porządek w zdjęciach i możecie się spodziewać w najbliższym czasie jeszcze trochę ujęć znad morza i z Wielkopolski ;-)


niedziela, 25 marca 2012

Banana bread

Była niedziela. W całym domu unosił się aromat pieczonego ciasta...

Czy to nie lepszy początek bajki niż "za siedmioma lasami, za siedmioma górami..."? Ja przynajmniej tak dziś rozpoczęłam dzień - piekąc bajeczny chlebek bananowy według przepisu domestic goddess - Nigelli Lawson. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam.

Banana bread
  • 100 g rodzynek sułtańskich
  • 75 ml rumu lub innego mocnego alkoholu (użyłam stocka)
  • 60 g posiekanych orzechów włoskich (tym razem ominęłam)
  • 175 g mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 125 g roztopionego masła
  • 150 g cukru
  • 2 jajka
  • 4 dojrzałe banany
  • 1 łyżeczka esencji waniliowej
Rodzynki wrzucić do rondelka, zalać alkoholem, zagotować i odstawić na godzinę lub do momentu, w którym wchłoną większość płynu.
Piekarnik nastawić na 170 stopni. Do średniej miski przesiać mąkę i wymieszać ją z proszkiem, sodą i solą. W większej misce zmiksować masło z cukrem, po czym dodawać po jednym całe jajka. Potem wmieszać rodzynki, orzechy, rozgniecione banany i esencję waniliową. Na koniec wsypać mąkę z dodatkami.
Przelać do wysmarowanej masłem keksówki, piec 1h-1h15. Ja piekłam w foremce silikonowej i godzina wystarczyła. Najlepsze jeszcze ciepłe, ze szklanką zimnego mleka ;-)

środa, 21 marca 2012

Pain perdu

Zainspirowana wpisem Charlotte, postanowiłam przygotować to (jakże wykwintne) danie mojemu mężowi na urodzinowe śniadanie. Nieco je tylko stuningowałam po swojemu - przez dodatek skórki pomarańczowej i soku z pomarańczy w czasie smażenia.

Pain perdu to stary, francuski sposób na czerstwy chleb. Zdarzało mi się go jadać na słono (z dodatkiem kawioru, pasty rybnej, łososia wędzonego...) we Francji, ale po raz pierwszy robiłam go sama i na słodko (ale bez obawy, prostszej potrawy chyba nie ma ;-).


Pain perdu
  • 4 kromki chleba
  • 1 jajko
  • ok. 100-150 ml mleka (ja dałam na oko)
  • skórka z połowy pomarańczy
  • odrobina soku pomarańczowego
  • masło
  • cukier puder

Całe jajko roztrzepać z mlekiem. Maczać w nim kromki chleba (ja miałam świeży, więc zanurzyłam je w masie jajecznej tylko na chwilę; czerstwy należałoby namaczać nieco dłużej). Na patelni rozpuścić trochę masła, wrzucić chleb i posypać go skórką z pomarańczy po obydwu stronach. Smażyć na złoto, w połowie smażenia wlewając na rozgrzaną patelnię trochę soku pomarańczowego - tyle, żeby dość szybko odparował.

Pain perdu podawać posypany cukrem pudrem, ewentualnie z dodatkiem miodu lub galaretki z jabłek i pomarańczy (podobnej do galaretki z jabłek, którą kiedyś robiłam - zmodyfikowanej przez dodatek miąższu, soku i skórki z pomarańczy, cytryny, goździków i cynamonu). I koniecznie ze świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy!