czwartek, 6 stycznia 2011

Nicea



Nicea, jak na stolicę Lazurowego Wybrzeża przystało, kojarzy mi się głównie z błękitem. Błękitem morza, błękitem nieba, błękitem parasolek na licznych, hotelowych plażach...




Spędziliśmy tu zaledwie dwa dni, ale tyle wystarczyło, żeby zachłysnąć się tym wyjątkowym miastem. W Nicei można robić wszystko - popijać kawę w eleganckiej restauracji, sunąć wzdłuż Promenade des Anglais na rolkach, przyglądać się byłym i obecnym milionerom, albo też zanurzyć się w cudownie ciepłym (nawet jak na drugą połowę września) lazurowym morzu na słynnej Paloma Beach...




Po wycieczce w góry przewędrowaliśmy wzdłuż wybrzeża niemal całe miasto - od domu Rotszylda do samego hotelu Negresco. Najpierw minęliśmy port, nad którym wznosi się latarnia, wskazująca luksusowym jachtom drogę.




Znad lądu nadciągnęła ciemna chmura, zwiastując zapadnięcie nocy. Całe wybrzeże rozświetliło się neonami, pojawili się uliczni sztukmistrze, a wokół rozbrzmiały dźwięki tamtamów i jazz...




Po tak długim spacerze musieliśmy odpocząć. Usiedliśmy na ławeczce i przesiedzieliśmy tak dobre pół godziny, wpatrując się w księżyc i słuchając szumu fal.



A po drugiej stronie ulicy stał rozświetlony hotel Negresco, symbol zupełnie innego świata. Ech, chciałoby się tam wrócić...


niedziela, 12 grudnia 2010

Eze - miasto na orlej skale



Naszą wielką podróż przerwałam pod słońcem Toskanii, a podejmuję ją na Lazurowym Wybrzeżu. Po przybyciu do Nicei zostaliśmy zabrani na wycieczkę w góry, skąd mogliśmy podziwiać zarówno panoramę miasta, jak i - wyżej - sporą część Cote d'Azur, z Monaco włącznie. Wspięliśmy się krętą drogą wysoko, wysoko, aż do Eze, miasta, które przypomina orle gniazdo przycupnięte na stromej skale.




Eze to średniowieczne miasteczko z labiryntem stromych, wąskich, brukowanych uliczek. Turysta, który zagłębi się w cienie, jakich łaskawie udzielają ochrowe, kamienne mury, z łatwością może się zgubić i nawet tabliczki prowadzące na przykład do tropikalnego ogrodu botanicznego nie pomagają odnaleźć drogi...




Klimatem Eze przypomina St. Paul de Vence, usytuowane nieco bardziej na zachód. Oba miasteczka przywodzą na myśl średniowieczne rycerskie opowieści, legendy o księżniczkach, smokach i księciach na białym koniu...




A z góry rozpościera się fantastyczny widok na Saint-Jean-Cap-Ferrat (i słynną Paloma Beach ;-)


wtorek, 16 listopada 2010

Sesja ciążowa





Za mną wielka próba - prawdziwa sesja! Wprawdzie nie w studio i z pożyczonymi lampami, ale przygoda była nie mniej ekscytująca. Zabrałam ze sobą torbę z gadżetami, drugą przynieśli moi modele i zaczęła się zabawa. Zdjęć wyszło koło 200, a poniżej - kilka wybranych ujęć.








piątek, 12 listopada 2010

Nasz dzisiejszy poranny gość



Dziś rano sąsiadka obudziła mnie telefonem z informacją, że na naszym orzechu siedzi wiewiórka i wcina orzechy. Już chcieliśmy złodziejkę pogonić, ale taka była śliczna, że odżałowaliśmy tych kilka, które jeszcze nie spadły na ziemię. No ale przy okazji upewniliśmy się, że straż sąsiedzka działa ;-)








piątek, 5 listopada 2010

Włoskie cuda...

... motoryzacji. Gdy u nas rodzime maluchy poznikały z ulic, na bruku włoskich miast i miasteczek fiaty wciąż pysznią się zadbanym lakierem i chromowanymi klamkami. Nic dziwnego, to w końcu samochód kultowy...








A jeśli ktoś woli inną formę przemieszczania się, to proszę bardzo...


wtorek, 26 października 2010

Galaretka jabłkowa

Ile razy zdarzało się, że otwierałam lodówkę, a tam góra jabłek... Trochę od kogoś się dostało, parę się kupiło, zapomniawszy, że się dostało, i tak dalej. Nie mówiąc już o naszej własnej jabłonce, która co dwa lata raczy nas ich niezmierzoną ilością. Człowiek stawał i drapał się w głowę - co z nimi zrobić?

No cóż - teraz już wiem i przedstawiam poniżej moją własną, zmodyfikowaną wersję galaretki jabłkowej.



Galaretka jabłkowa
jabłka
cytryna
przyprawy
cukier
gaza

Jabłka należy pokroić na kawałki razem ze skórką i pestkami, wrzucić do garnka, zalać wodą tak, żeby ledwie je przykryła, dodać sok z połowy cytryny (zależy od ilości jabłek) i gotować ok. 20 min, aż staną się miękkie. Dużą miskę obwiązać gazą, na którą należy wyłożyć ugotowane jabłka i przelać sok. Odstawić na ok. 12 godzin, nie odciskać. Powstały sok przelać do garnka i dodać 300 g cukru na każde 400 ml soku. Gotować z dodatkiem przypraw (np. kardamonu, anyżu, skórki cytrynowej, cynamonu, goździków) i soku z cytryny, aż kropla wylana na talerzyk zastygnie. Przelać do słoiczków i pasteryzować. Uwaga - bardzo słodkie! Może to i dobrze, że tak niewiele wychodzi...

P.S. Tak sobie pomyślałam, że skoro takie słodkie, to można dać mniej cukru - za to dodać trochę cukru żelującego. Aha, i do mojej galaretki dodałam kilka gruszek.