piątek, 1 października 2010

Cała naprzód ku nowej przygodzie...

Wróciliśmy! Za nami 6 000 kilometrów i dwa wspaniałe kraje, natłok wrażeń i cudowne wspomnienia. Cofnijmy więc kalendarz o dwa tygodnie do tyłu i zacznijmy od początku...

"Cała naprzód ku nowej przygodzie, taka gratka nie zdarza się co dzień..." śpiewały dzieciaki w Akademii Pana Kleksa. To nasze motto, które powtarzamy sobie za każdym razem, kiedy wyruszamy na kolejną wyprawę. Drugim moim ulubionym cytatem jest piosenka Bilba z "Władcy Pierścieni":


The Road goes ever on and on,
Down from the door where it began...
Ale do rzeczy ;-). Wyruszyliśmy w podróż bladym świtem. Samochód zapakowany, kwiatki podlane, wszystko gotowe, ale ja jeszcze zdążyłam wymknąć się do ogrodu, żeby zerwać lawendę i zrobić coś, czego nie zdążyłam przed wyjazdem...



Podpatrzyłam to na francuskim kanale, w reportażu dotyczącym Prowansji, do której mieliśmy się (między innymi) udać. Zrobienie pachnącej, lawendowej saszetki zajęło mi około 1,5 godziny, co pozwoliło (czysto teoretycznie ;-) skrócić podróż. Wystarczy zrobić mały bukiecik, związać go, wywrócić na drugą stronę i przeplatać mulinę (albo, jeszcze lepiej, wstążkę). Saszetkę można potem powiesić w szafie, albo włożyć do szuflady. A przez cały czas jej wyplatania wokół unosi się zapach Francji...





Na drogę wybrałam akurat książkę "Dzika lawenda". Przypadek, słowo daję!
W tle korek pod Wiedniem.



My na razie zmierzaliśmy jednak nie ku lawendowym polom, lecz w zupełnie innym kierunku. Pierwszy przystanek - Bolonia. A po drodze - jeden z moich ulubionych znaków drogowych ;-)







poniedziałek, 6 września 2010

Kolejna niedziela w Warszawie...

... i kolejny koncert. Tym razem ostatni z cyklu "Klasycznie na trawie", najpiękniejsze uwertury świata. Do Królikarni zaprosiła nas Dorota, pierwsza (fantastyczna) wiolonczela...






Jak widać atmosfera była luźna. Pan w tle rozwiązuje krzyżówkę ;-)





piątek, 3 września 2010

Kot

Niniejszym rozpoczynam serię zdjęć pod tytułem "kot".

Można powiedzieć, że mam kota - a właściwie kotkę. Jest to miejscowy dzikus, który przychodzi do nas wygrzewać się na trawie oraz korzystać ze stołówki. Wystawiłam nawet specjalną miseczkę, do której wkładam okrawki mięsa albo inne kocie przysmaki. A. twierdzi, że "uplągł" się u nas w tujach.




Często zdarza się, że wstaję rano, schodzę do kuchni, a tam nasz burasek siedzi sobie grzecznie za szybą z równo złożonymi łapkami i czeka na śniadanie. No i czasem nie ma wyjścia - trzeba mu oddać swój plasterek wędliny...

Nie udało mi się go jeszcze "ustrzelić" w tej pozie - jest bardzo płochliwy i jak tylko zbliżam się z aparatem ucieka kilka schodków niżej. Może jak będę miała lepszy obiektyw, to złapię go na "zoomie".

Myślę, że się w końcu oswoi - za jakieś kilka lat...




wtorek, 31 sierpnia 2010

Warmińskie ptaki

Jak dowiedziałam się z poręcznego www.getionary.pl (polecam słownik), dzisiaj jest światowy dzień bloga. Hm... Daleko zaszliśmy w tym względzie ;-).

W związku z tym nie wypada nie umieścić posta. Dzisiejszy będzie o warmińskich ptakach, szybujących w powietrzu.










środa, 25 sierpnia 2010

Gnocchi al burro e salvia

Znów kilka zdjęć z nowej lustrzanki. Mam spory zapas z kompakta, więc będę wrzucała na zmianę ;-).

Tym razem przepis na gnocchi w sosie szałwiowym. Wykonanie niezwykle proste i szybkie, jedynym kłopotem może być wejście w posiadanie świeżej szałwii. W okresie letnim można ją nabyć w marketach albo - wersję bardziej "wypasioną" - w sklepach ogrodniczych. Lepiej się trzyma, można wsadzić do większej doniczki albo do ogrodu (i na zimę zamrozić listki).


Co do samych zdjęć - chyba przesadziłam trochę z otwarciem przesłony i głębia ostrości jest minimalna. No cóż - uczę się ;-).

Przepis na gnocchi w sosie szałwiowym
- niecałe 0,5 kg ziemniaków
- 1 jajko
- mąka
- masło i oliwa- sól
- świeżo mielony pieprz
- garść listków szałwii- starty parmezan


Ziemniaki należy ugotować w mundurkach. Póki są jeszcze ciepłe obrać i rozgnieść. Dodać trochę soli, jajko i zagniatać, dosypując mąkę. Konsystencja powinna wyjść taka, jak przy kopytkach. Potem formować wałeczki i ciąć je na pojedyncze gnocchi (moja Mama mówi, że eleganckie kopytka - a więc i gnocchi, jak mniemam - powinny być małe i równe, ale mnie zawsze wychodzą krzywe niestety...). Wrzucać na gorącą wodę i gotować ok. 2 min aż wypłyną. Odcedzić.


Na patelni rozpuścić masło i dodać oliwę (powinno być trochę więcej masła). Kiedy się rozgrzeje, wrzucić listki szałwii w całości. Ja zawsze staram się dać jak najmniej tłuszczu, ale jeśli damy za mało, to szałwia nie wyjdzie taka, jak powinna - chrupiąca i aromatyczna. Czyli szukamy złotego środka ;-). Po podsmażeniu szałwii dodajemy kopytka, potem całość wykładamy na talerze, posypujemy świeżo mielonym pieprzem i ew. solą morską, a na koniec parmezanem. Moim zdaniem dodatek parmezanu jest konieczny, żeby uzyskać "ten smak". Dobre, czerwone, wytrawne wino jest równie niezbędne.

Z podanych powyżej składników wyjdą 3 średnio-duże porcje.



 -->